Kiedy nie było internetu, tylko rodzina wiedziała żeś [***]. niedziela, 6 gru 2020, 15:15 stivus profesor @Blumiś . Dobrze że w ogóle go ma, bo niektórzy nie
Dopiero co obejmował mnie ramieniem, żeby nie było mi zimno, śmiał się i planował, co zje we Włoszech… Ale już nie poleci ze mną do pięknej Italii, nie roześmieje się, nie przytuli mnie, nie pocałuje, nie powie, że mnie kocha i że jestem najpiękniejszą kobietą na całym świecie… A wszystko to moja wina. Moja!
Świat pasji retro. Jak spędzało się wolny czas, kiedy nie było radia, telewizji i internetu? Agaton Koziński. 3 maja 2020, 13:49 1
Nie ma się co oszukiwać, współczesny świat bez internetu by się załamał. Ja jednak tęsknię do czasów, kiedy nie było dostępu do internetu, przynajmniej w Polsce. Mało kto miał komputer, czy komórkę, a co dopiero internet. Inaczej wyglądało wtedy dzieciństwo, ludzie spędzali ze sobą więcej czasu…
Powitajmy nowych członków naszej grupy: Wojciech Molik, Karina Kołodziejska, Bartłomiej Żarnowski, Jack Kossuth, Wioleta Abramczyk, Aleksandra Borowska, Mateusz Grzesik, Mateusz Gruszka, Weronika
"Kiedy nie było internetu, tylko rodzina wiedziała że jesteś idiota". 1: ekran 1 z 6. REKLAMA. Twój post. Podpis. Odpowiedzialność
z1Viy. Bezpieczeństwo to nie parasol. Nie możesz myśleć o nim tylko w niepogodę. Nie jest jak ponton, czy kapok. Bliżej mu do tlenu. Oddychania. Musisz mieć jego nawyk. Tylko to uratuje ci życie, kiedy znajdziesz się w potencjalnie niebezpiecznej sytuacji. O tym wiedzą i tego uczą mądrzy rodzice i łatwiej było to zrozumieć. Kiedyś, czyli wtedy, gdy człowiek nie zagłuszał instynktu elektroniką. Gdy życie nie było pędem, który odbiera możliwość oddzielenia pozornie pilnego od naprawdę ważnego. Gdy w grach komputerowych nie było 20 żyć, a tylko każdy miał świat zalewa nas komunikatami (należy to i tamto), nakazami i zakazami, których na ogół nie tyle nawet nie słuchamy, co wręcz nie zauważamy. Za to ubodzy o wiedzę – jak się zachować, by zadbać o swoje bezpieczeństwo świadomie, z rozwagą, gdy niekoniecznie po drodze nam z posłuchaniem głowach kaski, można jechać. "Swoich dzieci nigdy nie puszczałam bez kasków" - mówi Karolina Krapa, główny specjalista ds. BHP w SWISS KRONOZamiast zakazów wyobraźnia i doświadczenieDajmy na to skakanie do jeziora. Kto z nas nie skakał? Serio? No to może należysz do nielicznych wyjątków. Trzymany od lat front pt. „Nie wolno skakać do wody” kontestować zaczynają sami ratownicy WOPR: Wolimy uczyć, jak się zachować, żeby zadbać o swoje bezpieczeństwo – opowiada Mikołaj Bombała, prezes WOPR Zielona Góra. – Sprawdzić dno, głębokość wody, zadbać o to, by nikt nie skoczył nam na głowę, zapewnić sobie asekurację. Dzieciaki i tak skaczą i będą skakać. Niech więc nauczą się robić to bezpiecznie. Wyrobią w sobie nawyk sprawdzania, w jaką sytuację się pakują – tłumaczy doświadczony - TO TEŻ MOŻE BYĆ NA GŁÓWNE. Ta kolizja nie jest prawdziwa, ale mogłaby być. Dlatego nawet na krótkich odcinkach zapinamy ten właśnie nawyk zdaje się odgrywać kluczową rolę. Bo nie ma znaczenia, czy jest się na skraju pomostu, ruchliwej ulicy, lasu, blatu kuchennego, na którym leży ostry nóż, czy sięgnięcia po używkę. Ten sam nawyk sprawi, że zastanowimy się nad sytuacją i pozwolimy zapalić się czerwonej lampce, gdy zaistnieje taka potrzeba. I nie nakazy i zakazy go wyrobią, bo te z natury swej wywołują bunt. Albo człowiek ze swej natury buntem tak na nie reaguje? Nieistotne. Efekt zawsze będzie taki sam. Trzeba więc inaczej. Jak?Swoje sposoby ma Karolina Krapa, główny specjalista ds. BHP w SWISS KRONO Żary:Gdziekolwiek jestem razem z moimi dziećmi, zawsze im mówię, gdy zauważę, że coś jest nie tak, i tłumaczę jak powinno być. Wyczulam je na to. I to działa, bo teraz oni sami zwracają uwagę na różne nieprawidłowości i mówią „Mamo, zobacz!” – opowiada Karolina i dodaje żartobliwie, że kiedy rodzic zajmuje się na co dzień bezpieczeństwem, dzieci ponoszą tego konsekwencje – Połowa znajomych jeździ na rowerze bez kasku, moje dzieci nigdy. Mam dość wyrazistą wyobraźnię i dużo zagrożeń potrafię przewidzieć. Na plac zabaw wysyłałam nieraz z dzieciakami męża, żeby mogli się swobodnie pobawić – śmieje się nasza rozmówczyni, która zróżnicowane metody działania stosuje również w pracy. Pilnujemy przestrzegania przepisów, ale nie tylko proceduralnie. Robimy akcje plakatowe, czasem sięgamy po humor, a pracownicy, którzy odznaczą się szczególną dbałością o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa albo wpłyną na jego poprawę otrzymują spore nagrody pieniężne. Komunikujemy też zagrożenia niezwiązane z pracą. Przesyłamy nawet alerty pogodowe z poradami dotyczącymi zabezpieczenia domu i mieszkania w razie porywistego rozmowa nie zawsze daje efekty. Najważniejsze jest doświadczenie. I od tego dzieciaki mają choćby wspomniane place zabaw, gdzie w bezpiecznych warunkach mogą sprawdzać swoje możliwości. Lepiej, żeby szkrab spadł dziesięć razy z drabinki na miękki piasek, niż raz w trudniejszych okolicznościach, bo na tym placu się nie nauczył. Albo bał się do końca życia, że „nie da rady”. Znamy przykład rodzica, który rozpalił w kominku i kiedy szyba nagrzała się na tyle, że była mocno ciepła, przyłożył do niej rączkę synka. Efekt? Nie trzeba było już robić zasieków do kominka, bo dziecko lekcję zapamiętało. Zdecydowanie skuteczniej, niż mówienie „nie podchodź, bo to gorące” albo jeszcze gorzej „si”.Symulacja akcji ratunkowej na pikniku bezpieczeństwa SWISS KRONOKarolina Krapa zwraca też uwagę na to, że czasem zbyt dużo mówimy: – Dzieci trzeba słuchać. Nawet jeśli nie mają racji, to tylko słuchając dowiemy się, co im chodzi po głowie. I będziemy mogli zaproponować alternatywę dla ryzykownej poznaj zagrożeniaI tu dochodzimy do punktu, w którym powinny się zaczynać wszelkie rozmowy o bezpieczeństwie. W świecie ludzkim nie ma przekazów uniwersalnych, bo każdy i tak dekoduje je subiektywnie. A żeby dotrzeć do odbiorcy, trzeba dostosować przekaz do jego percepcji. Do tego zaś trzeba najpierw poznać jego rozumowanie i zwyczaje. Z dziećmi najlepiej jest rozmawiać. Pytać: słuchaj, a jak zachowałbyś się w takiej, czy innej sytuacji? Trudniej bywa w miejscu pracy, gdzie pochłonięci codziennymi obowiązkami, pod presją czasu, zbyt często – nawet nieświadomie - lekceważymy to, co nas świetnym rozwiązaniem są obserwacje. Projekt, który działa w firmie od jakiegoś czasu rozpoczął się od zamówienia analizy bezpieczeństwa du Pont. Na jego bazie firma wdrożyła obserwacje, którym poddane są wszystkie działy firmy. Polegają one na tym, że raz na dwa miesiące każdy dział odwiedza niezwiązany z nim obserwator, który przygląda się pracy pod kątem bezpieczeństwa – tłumaczy Karolina Krapa. – Obserwatorem może być kierownik innego działu, mistrz, brygadzista, a nawet prezes, który bierze w projekcie aktywny udział. Zasadą i celem jest obiektywne przyglądanie się warunkom pracy, nawykom pracowników. Znajdujemy w ten sposób różne nieprawidłowości, jak choćby niezgłoszone przez pracowników uszkodzone gniazdka elektryczne, czy nieprawidłowo poustawiane przedmioty, które np. blokują wyjścia ewakuacyjne. Bardzo dużo problemów udało nam się znaleźć i rozwiązać. Zdobywamy wiedzę i wiemy, jak ją wykorzystać. Niczego nie zaczyna się bezpieczeństwo?Najkrótsza odpowiedź brzmi „w tobie”. Jeśli ktoś jest świadom, ile zależy od jego odpowiedzialnego postępowania i że sam jest swoim pierwszym ratownikiem, to nie trzeba będzie osobno mu tłumaczyć, że ma się zatrzymać przed przejściem dla pieszych, czy zbadać dno, nim skoczy do wody. Osobny rozdział to wiedza. A tej, niestety, często nam brakuje. Niby różnych rzeczy się uczymy, ale czy zawsze wiedza zostaje? Jej brak może kosztować życie. I o tym muszą pamiętać pracodawcy: Akurat u nas bezpieczeństwo jest na pierwszym miejscu i rygorystycznie pilnujemy przestrzegania zasad. Dla przykładu: żaden kierowca nie wjedzie na teren zakładu, jeśli nie zapozna się z „Księgą bezpieczeństwa kierowcy” i nie zaliczy testu wiedzy. To samo dotyczy podwykonawców. – opowiada Karolina KrapaDuży nacisk kładziemy też na szkolenia, które mają przekazywać konkretne takiego działania jest cykl szkoleń dla pracowników wykonujących prace niebezpieczne na wysokości i w pomieszczeniach zamkniętych. Zdecydowanie wychodzą one poza minimum wymagane przepisami. W SWISS KRONO pracowników szkoli się praktycznie i do skutku: Wynajmujemy profesjonalne firmy szkoleniowe, które na terenie naszego zakładu budują konstrukcje szkoleniowe. Pracownicy wielokrotnie mają okazję przećwiczenia zachowań w różnych wypadkach – mówi Makuć pracuje w dziale energetycznym SWISS KRONO. Jego pracę zalicza się do niebezpiecznych nie tylko ze względu na zadania wykonywane na wysokościach:Mamy do czynienia z przestrzeniami zamkniętymi, różnego rodzaju studzienkami. W zagłębionych pomieszczeniach istnieje ryzyko braku tlenu, zagrożenie siarkowodorem. Dużo trudniej, niż z wysokości, jest wyciągnąć kogoś z przestrzeni zamkniętej, szczególnie, gdy jest nieprzytomny – opisuje. – Szkolenia, które obecnie przechodzimy są bardzo praktyczne. Po wielokroć ćwiczymy prawidłowe zapinanie się w uprzęży. Nie ma tu miejsca na domysły. W wielu firmach takich szkoleń brakuje. Osobiście znam przypadek, gdy pracownicy, pozostawieni sami sobie, zakładali uprząż odwrotnie. Tutaj nie ma na to miejsca. Ćwiczymy ewakuację z pomieszczenia zagłębionego. Było takie ćwiczenie, w którym pod okiem instruktora wchodziliśmy na PROPONUJĘ NA GŁÓWNE - Pożar w SWISS KRONO Żary? Nie, jedynie realistyczna symulacja. Wszystko, by nauczyć dzieci i dorosłych bezpiecznych zachowańJakie efekty szkoleń widzą pracownicy? Krystian Makuć odpowiada bez zastanowienia: Na pewno jesteśmy bardziej świadomi, co może się wydarzyć i potrafimy prawidłowo posługiwać się osprzętem. To daje większe poczucie bezpieczeństwa i z praktykami kształcą też na ogół korzystne nawyki, dzięki możliwości skorzystania z czyichś doświadczeń. Nikt nie uczuli na niebezpieczne sytuacje lepiej, niż ktoś, kto sam się w nich kiedyś znalazł. I tu znajdujemy kolejną podpowiedź, jak uczyć bezpiecznych zachowań własne dzieci: opowiadając im o własnych doświadczeniach. A także uparcie i nieustępliwie dając przykład. Nie odpuszczając nawet, gdy po kask rowerowy trzeba iść na trzecie o bezpieczeństwo bywa niewygodneKiedy na plaży pilnujemy dzieci, a tak fajnie byłoby poczytać albo zdrzemnąć się na słoneczku. Wypić zimne piwko... Tymczasem wystarczy kilka sekund nieuwagi, by prąd wsteczny porwał nawet dorosłego człowieka i wyniósł go na pełne morze. A kiedy pozwalamy kilkulatkowi na zatopienie się w grach lub dryfowanie w sieci, żeby „na chwilę usiadł na tyłku”, być może sprowadzamy na siebie jeszcze większe kłopoty. Bo ofiarami przestępstw cyfrowych padają ludzie w różnym wieku. Nie mówiąc już o diablo niebezpiecznym uzależnieniu behawioralnym, które młodemu człowiekowi może złamać razem, rozmowy, wspólnie spędzany czas i jak najwięcej doświadczeń zdobywanych pod okiem mądrego opiekuna to najlepsza inwestycja. A im bardziej zadbasz o własne bezpieczeństwo, tym lepszy przykład przekażesz dalej. Pamiętaj o tym: w domu, pracy i na wyrabiać w dzieciach świadomość i nawyki związane z bezpieczeństwem?Tłumaczeniem. Słowa: „zostaw”, „nie wolno”, „nie dotykaj” nie mogą pozostać bez wyjaśnienia. „Nie wolno jeździć na rowerze bez kasku, bo w każdej chwili może się przydarzyć wypadek, w którym kask uratuje ci życie.” „Nie dotykaj garnka, bo gotuje się w nim w tej chwili zupa. Garnek jest bardzo gorący, a jego zawartość może cię bardzo poparzyć” Konkretnymi przykładami. Najlepiej na bazie własnych przeżyć: „Mam tutaj bliznę, bo przepychałem się z moim bratem w kuchni. Wpadłem na kuchenkę i zrzuciłem na siebie garnek, w którym gotowały się jajka. Strasznie bolało, musiałem mieć operację i blizna została już na zawsze.” Konsekwencjami. Nawet, kiedy macie przejechać niewielki odcinek drogi samochodem, pasy zawsze muszą być zapięte, a dziecko zabezpieczone zgodnie z regułami. To samo dotyczy kasku rowerowego. Pozwalając na wyjątki dajemy dziecku sygnał „czasem można odpuścić, to nie jest zawsze aż tak ważne.” Wypadki zaś mają to do siebie, że nie sposób ich przewidzieć, a zdarzają się na osiedlowych uliczkach tak samo, jak na autostradach. Jeden raz bez pasów, czy kasku może kosztować życie. Przykładem własnym. Zapinanie pasów, zakładanie kasku, ostrożność w kuchni, czy chowanie telefonu przy przechodzeniu przez ulicę to drobiazgi, których na co dzień dziecko może zdawać się nie zauważać. Czasami wręcz kontestować. Jednak z czasem przyjmuje je za własne. Po prostu rób swoje
fot. Adobe Stock, PheelingsMedia – Nie martw się, naprawdę. Ja wiem bardzo dobrze, jak to wszystko jest trudne, bo też przez to przechodziłam i tak samo się czułam. Ale najważniejsze, żeby mieć obok siebie kogoś, kto cię zrozumie i wysłucha, kiedy będziesz tego potrzebować. Ja w razie czego jestem. Jeśli chcesz, pisz w każdej chwili. Taką właśnie wiadomość czytałam na ekranie laptopa, jednocześnie zalewając się łzami, zużywając kolejne opakowanie chusteczek i – no cóż – kolejny kieliszek wina. Dlaczego? Bo właśnie przed jakimiś trzema godzinami mężczyzna, który wydawał mi się najbliższy na świecie, okazał się kompletnym nieporozumieniem. Mateusza poznałam pół roku temu Byłam świeżo po rozwodzie, i to dość przykrym i bolesnym, no ale który taki nie jest. Moja dorosła już córka doradziła mi, że może spróbowałabym randek w internecie. Na początku ją wyśmiałam. Po przygodach z jej ojcem miałam dość facetów. Ale w końcu poczułam się samotna. On się wyprowadził, moja Kasia też, zostałam tylko ja. Założyłam więc konto na jakimś portalu, zaczęli do mnie pisać mężczyźni, w tym on, Mateusz. Spodobał mi się od razu, zaczęliśmy się widywać. Czułe słówka, rozmowy wieczorami, wymiana SMS-ów. I kiedy już myślałam, że może faktycznie coś z tego będzie, okazało się, że nie jestem jedyna. Facet po prostu miał żonę. Dowiedziałam się brutalnie. Po prostu owa żona w końcu dopadła do jego telefonu i do mnie zadzwoniła. I tak właśnie siedziałam tamtego wieczoru, gapiąc się w ekran i opisując moją historię na jakimś portalu dla takich samych oszukanych jak ja. Jedna z kobiet odpowiedziała niemal natychmiast, ja – idąc za jakimś dziwnym impulsem – odpisałam. Jak się okazało, Urszula miała podobne przejścia. Ją też najpierw zdradził mąż, potem wdała się romans, który również okazał się fiaskiem. I tak od słowa do słowa… Zaczęłyśmy pisać do siebie niemal codziennie. Czasem o głupotach pod tytułem ulubione potrawy, czasem o ważniejszych rzeczach. Łączyło nas zamiłowanie do roślin, książki. Moja córka, której zwierzyłam się z tego, że mam nową znajomą, śmiała się, że to wirtualna przyjaciółka. Dla mnie była jednak kimś więcej. Bratnią duszą? Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Po trzech miesiącach tej internetowej znajomości postanowiłam, że ją do siebie zaproszę. Mieszkała wprawdzie jakieś siedemdziesiąt kilometrów ode mnie, ale dojazd nie był strasznie trudny. Dla mnie była jednak kimś więcej – Przyjedziesz? – zapytałam przez telefon, bo wtedy już rozmawiałyśmy nie tylko wirtualnie. – Oj, kochana, oczywiście, w końcu się poznamy na żywo! I tak któregoś dnia pojawiła się w moim mieszkaniu. Spędziłyśmy razem świetny weekend. Piłyśmy wino, buzie nam się nie zamykały. Oglądałyśmy filmy, obgadywałyśmy byłych facetów, chodziłyśmy na spacery. Poczułam, że nie jestem sama. Minęło kolejne pół roku. W tym czasie Urszula złapała jakieś dorywcze zajęcie, więc rozmawiałyśmy rzadziej niż do tej pory, ale wciąż miałyśmy kontakt. Ja spędzałam czas w kwiaciarni, zaczęłam robić generalne porządki w domu, a także w komputerze. Na tamtym portalu randkowym, gdzie poznałam Mateusza, nie byłam od wieków. A ponieważ nie w głowie mi były romanse, postanowiłam, że skasuję konto. Zalogowałam się i nagle wyskoczyła mi wiadomość. „Jestem, tęsknię, przepraszam, tylko ciebie chcę. Rozwodzę się. Czy możemy się zobaczyć? Dasz mi szansę?”. Wróciły wspomnienia tamtych rozmów, wizyt, randek. Wahałam się długo. W końcu odpisałam „Tak”. – Zobacz – pokazał mi jakieś dokumenty, gdy się u mnie pojawił. – To dla ciebie. – Co to? – zdziwiłam się. – Rozwodzę się, a to dowód, czyli papiery. I umowa najmu mieszkania, bo właśnie się wyprowadziłem. Znowu zaczęły się telefony, SMS-y, wizyty, czekoladki, miłe wieczory. Fakt, byłam trochę nieufna, bo skoro raz mnie skrzywdził… I siłą rzeczy zaniedbałam trochę kontakt z Ulą. Kiedyś jednak, gdy Mateusz miał coś do załatwienia i nie spędzaliśmy razem miłego wieczoru, z jakimś dziwnym poczuciem winy zadzwoniłam do niej. Była na mnie wyraźnie obrażona – O, witaj – przywitała mnie raczej chłodno. – Przypomniałaś sobie o mnie? – Przepraszam, że się nie odzywałam – westchnęłam. – Ale trochę się u mnie działo i… – U mnie też się dzieje, ale o przyjaciółkach nie zapominam. Pisałam, dzwoniłam, a ty nic – powiedziała obrażonym tonem. Najwyraźniej była zła. – Wiem, wybacz, ale… – Cóż więc takiego się wydarzyło? Słucham – powiedziała niemal rozkazującym tonem, który, powiem szczerze, trochę mnie zdziwił. – Mateusz wrócił i… – Co takiego? – niemal krzyknęła. – Jak to wrócił? Przecież tak cię skrzywdził, a ty pozwoliłaś, żeby znowu wszedł z buciorami w twoje życie? – To nie tak, Ula – sama czułam, że nie wiadomo dlaczego się tłumaczę. – Chcemy sobie dać szansę. On się rozwodzi. Ja nie wiem, co z tego będzie, ale po prostu zatęskniłam. On przysięga, że się zmienił, a ja chcę jeszcze raz spróbować. – To ci życzę powodzenia! Najwyraźniej nic z tego nie zrozumiałaś. Wydawało mi się, że nie jesteś taka, żeby rzucać przyjaciół dla jakiegoś zdradliwego gnojka, ale trudno. Jak przyjdziesz po rozum do głowy, to zadzwoń. Tylko tym razem mi się nie wypłakuj. Do widzenia. I tak właśnie zostałam na środku kuchni z przyciśniętą do ucha słuchawką, z której dochodziło już tylko buczenie. Poczułam się dziwnie. Bo z jednej strony to prawda, że zaniedbałam przyjaciółkę, ale wydawało mi się do tej pory, że bliskie sobie osoby powinny się wspierać niezależnie od sytuacji. Ale pomyślałam, że może po prostu Ula miała zły dzień, przejdzie jej. Minęło jednak kilka dni, a od Uli nie było żadnych wiadomości, na telefony też nie odpowiadała. Potem coś jednak zaczęło się dziać. Któregoś wieczoru do drzwi zadzwonił bowiem sąsiad. Kurier przywiózł… wieniec pogrzebowy – Listonosz czy kurier mi dla pani zostawił, bo nie było pani w domu, więc wziąłem. Dobrze zrobiłem chyba? – zapytał, wręczając mi małe pudełko. – Oczywiście, dziękuję – uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni, myśląc, że to Mateusz, który akurat wyjechał w delegację, przysłał mi moje ulubione słodkości. Radośnie otworzyłam pudełeczko i… zamarłam. W środku, zamiast czekoladek, znalazłam bowiem owiniętą w różowy papier zdechłą mysz. Dobrze że siedziałam, bo chyba bym padła. Patrzyłam na biedne truchełko kilka minut, po czym wystrzeliłam jak z procy i pognałam do śmietnika obok bloku. Potem długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, kto mógł wymyślić coś takiego. Przecież nie miałam wrogów, byłam lubiana, dla wszystkich miła. Więc jakim cudem ktoś wykombinował taki żart? Może się pomylił? Ale nie, przecież na paczce był mój adres. Roztrzęsiona zadzwoniłam do Mateusza. Niestety, nie mógł przyjechać od razu. Próbował mnie jednak uspokoić, jak tylko mógł, a kiedy już się zobaczyliśmy, długo tulił w ramionach. To jednak nie był koniec. Zaczęłam dostawać listy z wyciętymi na kartkach literami. „Zdrajczyni”. „Tak się nie robi”. „Przekonasz się”. Słowa tańczyły mi przed oczami, a ja z dnia na dzień byłam bardziej niespokojna. Ba! Przerażona. Aż wreszcie dostałam kolejną przesyłkę, i to nie byle jaką. Kurier tym razem wręczył mi niewielki wieniec pogrzebowy z czerwonych róż, ozdobiony czarną wstążką. Do gałązki przyczepiona była szarfa. „Ostatnie pożegnanie”. Teraz już przerażenie zamieniło się w panikę. Mateusz, gdy tylko o tym usłyszał, natychmiast przyjechał. Nie dałam się bardziej omotać – Pomyśl, kto to może być – powiedział, tuląc mnie. – Pojęcia nie mam, przecież nikomu nic nie zrobiłam! – płakałam. – Chociaż… Nie, to niemożliwe… – zamyśliłam się. – Mów. Przypomnij sobie. – Wiesz, jakiś czas temu poznałam przez internet pewną kobietę. To było niedługo po tym, jak się rozstaliśmy. Najpierw było super, ale kiedy się dowiedziała, że do siebie wracamy, była wściekła i zerwała kontakt. Nie wierzę, że to ona, ale fakt, że znała mój adres… – Ona, nie ona, trzeba to sprawdzić, bo jesteś kłębkiem nerwów. Daj mi jej namiary. Mam znajomego policjanta, może się czegoś dowie. Co się działo później, nie wiem. Mateusz powiedział mi tylko tyle, że ta kobieta więcej nie będzie mnie niepokoić. Podobno policja miała już kilka zgłoszeń na jej temat. Inne panie skarżyły się, że najpierw zaprzyjaźniała się z nimi przez internet, a potem – z jakiegoś powodu obrażona – wyczyniała takie numery jak w stosunku do mnie. Co się z nią dalej działo i dzieje – nie mam pojęcia. Z jednej strony poczułam żal, bo wydawało mi się, że coś nas łączy. A z drugiej… Jakie szczęście, że nie dałam się bardziej omotać. I mam nauczkę na przyszłość. Lepiej nie ufać każdej przypadkowo poznanej osobie. Czytaj także:„Przyjaciółka odbiła mi faceta, a potem płakała w rękaw, że im się nie układa. Myślała, że będę jej współczuć?!”„Jak nastolatka zadurzyłam się w internetowym przystojniaku. Już pierwsza randka była dla mnie jak kubeł zimnej wody”„Cała 3 moich dzieci to >>wpadki<<. Jedno poczęłam na imprezie z przypadkowym facetem, a bliźniaki z żonatym kolegą z pracy”
Szukałem inspiracji do nowego tekstu na bloga. Kiedy dzisiaj otworzyłem zobaczyłem tam tekst Magdaleny Urbańskiej pt. „Zostawcie w spokoju dzieci przychodzące do kościoła”, który bardzo polecam na lekturę. W sumie, to przeczytajcie najpierw artykuł Magdy, a potem wróćcie do mojego. Pozwólcie, że podzielę się swoimi przemyśleniami. Bardzo się cieszę, gdy na Msze Święte przychodzą rodziny z dziećmi. Od wielu lat takie Msze prowadzę, gdziekolwiek się pojawiam. Na początku była to parafia na Rakowieckiej w Warszawie, potem w Gdyni a niebawem mam przejąć Msze z udziałem dzieci w naszej parafii w Łodzi. Takie Msze są bardzo specyficzne. Nie można ich nazwać spokojnymi, bowiem zawsze coś się na nich dzieje. I dobrze, bo ma się dziać. Dla rodziców wybranie się na Mszę ze swoimi młodymi pociechami jest niekiedy nie lada przedsięwzięciem, począwszy od porannego wstania, przygotowania siebie i dzieci, poprzez różne, niespodziewane sytuacje. Czasami takie przygotowanie do wyjścia do kościoła trwa kilka godzin (to wiem od niektórych rodziców). Już za sam wysiłek należy im się szacunek. To prawda, że na samych Mszach dzieci zachowują się różnie. Jedne są bardzo cicho, inne natomiast komentują to, co się dzieje. O ile nie ma się pretensji do tych cichych dzieci, to o tych głośniejszych możemy niekiedy usłyszeć różne komentarze (czasami jednak zbyt przesadzone). Sam byłem kiedyś świadkiem, jak jeden z księży (a nie była to Msza dla dzieci) zwrócił na kazaniu rodzicom uwagę, że ich dziecko jest za głośne i przeszkadza. Takie sytuacje się zdarzają. Niekiedy niestety nie potrafimy też, jako księża w odpowiedni sposób taką uwagę zwrócić. Czasami trzeba coś powiedzieć, bo po prostu rodzice w żaden sposób nie reagują na zachowanie swoich dzieci – tak jakby tych dzieci w ogóle przy nich nie było. Mam jednak wrażenie, że takich rodziców jest niewielu. W większości natomiast bardzo szybko reagują. Inna sprawa – ta dotycząca bliskości, o której pisze Magda. Jeżeli dziecko chce się do rodzica przytulić na Mszy, czy nawet usiąść mu na kolana, gdy jest taka możliwość, to dlaczego mu tego mielibyśmy zabraniać? Jeżeli ono czuje się bezpieczne na kolanach swoich rodziców, lub w ich ramionach, to nie jest to dla mnie jakimkolwiek problemem. Co więcej, ostatnio wśród dorosłych widziałem pewną miłą sytuację, gdy młode małżeństwo (lub narzeczeństwo), będąc na Mszy siedziało przytulone do siebie. Nic złego tym zachowaniem nie robili. Po prostu tak przeżywali wspólnie Eucharystię. Jeżeli tak przeżywa ją dziecko wtulone w Mamę, lub Tatę, to tym bardziej się z tego cieszę. Niedawno byłem świadkiem jeszcze innej sytuacji. Młody Tata był ze swoim synkiem na Mszy Świętej. Kościół był pełen ludzi. Aby dziecko mogło widzieć, co się dzieje na ołtarzu, Tata ten wziął je na ręce. Oczywiście nie trzymał go przez całą Mszę, ale jednak dla niego ważna była bliskość z synem i to, że w taki sposób mógł ze swoim dzieckiem przeżywać Mszę Świętą. Według mnie, Msze Święte z udziałem dzieci, można by nazwać po prostu Mszami dla rodzin i przypuszczam, że w wielu parafiach tak jest. Rzeczywiście dla rodziców pojawia się problem, gdy takie Msze znikają z parafialnego kalendarza na czas wakacji. Tutaj można się zastanowić, czy w danej parafii są możliwości, aby utrzymać je na czas wakacji. Jednak, jeżeli ich formalnie nie ma, to proszę się nie bać pójść z dziećmi na inną Eucharystię. Inną kwestią, związaną ze Mszami z udziałem dzieci, to jest ich infantylizowanie przez samych duchownych. Tutaj się zgadzam, że Mszy w żaden sposób nie należy spłycać. Nie można, a nawet powinno się tego zakazać. Gdy tak się dzieje, to mamy potem Internet przepełniony różnymi dziwnymi filmikami i zdjęciami, gdzie ksiądz jest na Mszy przebrany za klauna. Mnie samego to denerwuje. Co więcej, czasami dzieje się tak, że rodzice ze Mszy z udziałem dzieci nie wynoszą niczego dla siebie. Nie wynoszą, bo my, księża im na to nie pozwalamy przez słabe i infantylne kazania do dzieci. Staram się trzymać pewnej zasady na Mszach dla dzieci. Dotyczy ona kazań. Często mówię do dzieci i z nimi rozmawiam. Daję sobie na to kilka minut. Potem natomiast również przez kilka minut mówię homilię dla ich rodziców. Całość nie jest przesadnie długa, a jestem przekonany, że taka forma jest przydatna dla tych, którzy chcą coś więcej wynieść dla siebie z Eucharystii. Na koniec przypomina mi się jedno zdanie Pana Jezusa z Mk 10,14 – „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie.”. Można powiedzieć, że nie tylko w czasie roku szkolnego, ale przez cały czas. blog dzieci głośno hałas modlitwa msza msza z udziałem dzieci rodzice rodzina wyzwanie
Nie pamiętam, w jaki sposób rozmowa zeszła na tematy polityczne, ale z pewnością nie planowałem tego — od miesięcy ostrożnie podchodziłam do tematu z moimi rodzicami. Był rok 2018, a ja siedziałam w swoim pokoju w małym miasteczku akademickim w Zachodniej Wirginii, gdzie przeprowadziłam się z Rosji niecałe dwa lata wcześniej. Moja mama była w Rosji, po drugiej stronie rozmowy FaceTime podczas jednego z naszych cotygodniowych spotkań i wyglądała na spiętą — nie mówiłam pozytywnie o Władimirze Putinie. To było coś prostego, powiedziałam coś w stylu: "Putin nie jest dobry dla Rosji" albo "To nie jest patriotyczne ignorować wszystkie złe rzeczy w kraju, mając nadzieję, że same się rozwiążą". Odwróciła się od kamery, próbując ukryć łzy. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, zanim zmieniłam temat. Od kiedy to polityczny spór ma moc doprowadzania mojej matki do płaczu? Jak bardzo moja rodzina została przekształcona przez propagandę, skoro ja sama wymknęłam się z jej szponów? Podobnie jak moi rodzice, byłam kiedyś proputinowska. Myślałam, że Rosja "uratowała" Krym przed neonazistowskimi rebeliantami, że padła ofiarą globalnej kampanii oszczerstw, ponieważ świat nie mógł znieść faktu, że Rosja jest tak duża i bogata w ropę. Ale odkąd przeprowadziłam się do Stanów Zjednoczonych, by zdobyć drugi licencjat, zakochałam się w dziennikarstwie i zdałam sobie sprawę, że moje poglądy polityczne nie są zakorzenione w faktach, ale w trwającym całe życie kontakcie z kremlowską machiną propagandową. Moja rodzina nadal mieszka w Rosji i z biegiem lat poglądy moich rozsądnych, świetnie wykształconych i niegdyś liberalnie nastawionych rodziców stały się mi niemal obce. Podobnie jak wielu Rosjan, wierzą oni, że inwazja na Ukrainę to tylko "operacja mająca na celu wyeliminowanie neonazistów". Od czasu tej rozmowy z moją matką odbyłam wiele podobnych rozmów z moimi rodzicami. Teraz to ja jestem zwykle tą, która zostaje zraniona. Te rozmowy nigdy nie były łatwe, ale teraz, w obliczu wojny w Ukrainie, są równie ważne, co obrzydliwe. Ludzie wierzący rosyjskiej propagandzie ponoszą koszty — i to krwawe. Mam nadzieję, że osoby posługujące się językiem rosyjskim będą powoli zmniejszać poparcie dla Putina w naszych propagandowych rodzinach. Może przynajmniej przekonamy naszych bliskich, że rozlew krwi jest zły. Nie zrezygnowałam z moich rodziców. Może i żyjemy na różnych kontynentach, ale to polityka nas rozdzieliła. Foto: Mark Schiefelbein / Getty Images Władimir Putin Putin wydawał się młody i obiecujący Podobnie jak wielu ludzi z mojego pokolenia, którzy dorastali w czasach Putina, przez większość życia byłam w dużej mierze apolityczna. Dorastałam w rodzinie pedagogów w Joszkar-Oła, stolicy republiki Mari El, jednego z najbiedniejszych regionów Rosji. Moja babcia, która mieszkała z nami, tęskniła za Związkiem Radzieckim. Podobała jej się idealistyczna idea jedności i pewność, że znajdzie się dla niej praca — była uwielbianym przez uczniów profesorem języka niemieckiego i cieszyła się stabilnym i pewnym zatrudnieniem. Nauczyła mnie pionierskich piosenek z czasów sowieckich i często powtarzała, że ludzie byli wtedy bardziej życzliwi. Zastanawiam się, czy byli "życzliwsi", bo obawiali się, że ktoś na nich doniesie. Kiedy Putin stał się jasną gwiazdą, moja babcia była zachwycona. Został mianowany na premiera w 1999 r. przez ówczesnego prezydenta Borysa Jelcyna, a jego wielki wzrost popularności wynikał z tego, jak zareagował na serię zamachów bombowych w budynkach mieszkalnych w tym samym roku — to był rosyjski 11 września, w którym zginęło ponad 300 osób, a wiele zostało rannych. Putin obarczył winą za zamachy Czeczenów i stało się to jednym z uzasadnień drugiej wojny czeczeńskiej. Znacznie później dowiedziałam się, że niektórzy historycy i dziennikarze przypisują te zamachy bombowe Federalnej Służby Bezpieczeństwa, znanej jako FSB, która chciała doprowadzić do wyboru ich byłego dyrektora Putina na szefa państwa. Kiedy byłam dzieckiem, Putin wydawał się młody i obiecujący. Moja babcia zabrała mnie ze sobą, by głosować na niego w wyborach w 2000 r. Aby podzielić się emocjami związanymi z tą historyczną chwilą, podniosła mnie do góry i pokazała, gdzie mam zaznaczyć krzyżyk na karcie do głosowania. Początkowa ekscytacja Putinem z biegiem lat osłabła. Oczekiwaliśmy, że zmieni nasze życie na lepsze, ale gdy nic się nie poprawiło, zaczęliśmy się nadzieją męczyć. Drogi nadal były w rozsypce, policja drogowa i lokalni urzędnicy nadal byli skorumpowani, pensje były niskie, a podatki wysokie. Nie przyszło mi nawet do głowy, że w innym miejscu ludzie zagłosowaliby na kogoś innego podczas następnych wyborów — może dlatego, że jedyne opcje, które widzieliśmy w wiadomościach, były albo niekompetentne, albo były pajacami. Uciekłam się do całkowitego ignorowania polityki. Nadzieja wróciła w 2008 r., kiedy Dmitrij Miedwiediew, premier Putina, został wybrany na prezydenta. Razem z moimi rówieśnikami myśleliśmy, że może on uczyni z Rosji prawdziwą demokrację. W tym czasie zmieniłam już szkołę. Po raz pierwszy miałam nauczycieli, którzy próbowali skłonić nas do ponownego przeanalizowania historii Związku Radzieckiego i zakwestionowania obecnego stanu Rosji, nawet jeśli oznaczało to krytykę Kremla. Jeden nauczyciel odważył się nawet skrytykować rządy Stalina i represje polityczne, w wyniku których zginęły miliony ludzi. Nie chodziło o to, że ci nauczyciele byli wyjątkowi — po prostu tak się złożyło, że nie miałam z nimi wcześniej do czynienia. Ta moralna jasność wydawała mi się obca. W miarę upływu czasu stało się jasne, że Miedwiediew jest tylko rozgrzewką przed powrotem Putina. W 2008 r., za rządów Miedwiediewa, nowa poprawka do konstytucji wydłużyła czteroletnią kadencję prezydenta do sześciu lat. We wrześniu 2011 r., kiedy Putin ogłosił, że będzie ponownie ubiegał się o prezydenturę w 2012 r., moi przyjaciele i ja zrozumieliśmy, że oznacza to dużą szansę na kolejne 12 lat rządów Putina. Nie był to z pewnością demokratyczny kierunek, na który ja i moi przyjaciele liczyliśmy w Rosji. W grudniu tego samego roku w całym kraju wybuchły największe od lat 90. protesty antyrządowe w odpowiedzi na oskarżenie Putina i jego partii Jedna Rosja o sfałszowanie wyborów parlamentarnych. Zdjęcia tłumu skandującego "Putin to złodziej!" i "Rosja bez Putina!" w jakiś sposób trafiły do mnie na WKontacie, rosyjskim portalu społecznościowym inspirowanym Facebookiem. Moi przyjaciele i ja słyszeliśmy wystarczająco dużo słów o tym, że Putin jest skorumpowany, żeby w to uwierzyć. W końcu byliśmy wystarczająco dorośli, żeby głosować, i potraktowaliśmy to poważnie — badaliśmy kandydatów, dyskutowaliśmy o ich obietnicach z kampanii. Większość z nas lubiła Michaiła Prochorowa, oligarchę, który obiecał cofnięcie poprawki do konstytucji oraz rozprawienie się z państwową propagandą i korupcją. Wydawało się, że nasze pokolenie, które dorastało pod rządami Putina, może wreszcie coś zmienić. Nawet zaufanie mojej babci do Putina zachwiało się, a cała moja rodzina rozważała innych kandydatów. Ale w ostatniej chwili coś się zmieniło — pojawiła się fala negatywnych doniesień w prasie o Prochorowowie i pozytywnych o Putinie. Wydawało się, że Rosja potrzebuje kogoś doświadczonego, kto będzie nas chronił, Putin był jedynym wyborem. Kiedy nadszedł dzień wyborów, czułam się pokonana i zdezorientowana. Jedna z moich przyjaciółek czuła to samo. — Putin jest teraz jedynym racjonalnym wyborem, a moja niewykorzystana karta do głosowania i tak automatycznie zostanie zaliczona na jego korzyść — powiedziała mi. Nie było niespodzianką, że Putin został ponownie wybrany, mimo zarzutów o oszustwa. Ku mojemu zawstydzeniu, to aneksja Krymu sprawiła, że znalazłam się w obozie proputinowskim. Rewolucja Euromajdanu na Ukrainie w latach 2013-2014 otrzymała przyzwoitą ilość czasu antenowego w rosyjskich wiadomościach. Jednak zamiast pokazywać Ukraińców protestujących przeciwko skorumpowanemu rządowi i skutecznie obalających prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza, rosyjska narracja malowała nowy ukraiński rząd jako faszystowski gang i wychwalała wysiłki Putina, by ocalić Krym i jego etniczno-rosyjską ludność przed faszystowskimi rządami. Propaganda zaklinała się, że proces ten był demokratyczny. Pamiętam, jak zobaczyłam w internecie zdjęcie rzekomo krymskiego budynku mieszkalnego z wieloma rosyjskimi flagami wywieszonymi przez okna i pomyślałam, że to najbardziej autentyczny dowód, jakiego można potrzebować. Mój tata słyszał gdzieś, że nawet nasze rodzinne miasto przyjęło ukraińskich uchodźców, że Rosjanie ustępowali miejsca w kolejce po pomoc społeczną. Nabrałam szacunku do Putina. Według Centrum Lewady, niezależnej rosyjskiej organizacji badawczej, popularność Putina wzrosła z 69 proc. w lutym 2013 r. do 82 proc. w kwietniu 2014 r. Propaganda wylewa się zewsząd i przytłacza mnie. Łatwiej było przyjąć linię Kremla jako prawdę, niż kwestionować każdy mylący argument, jeden po drugim. Uwierzyłam, że zachodnie ataki na działania Putina są równoznaczne z atakami na mój kraj. Moje pojęcie patriotyzmu zmieniło się w ślepe poparcie dla Rosji. Tym razem nie rozmawiałam o tym z przyjaciółmi, ale byłam pewien, że oni czują to samo. W ciągu ostatnich lat zwykłym konsumentom wiadomości w Rosji jeszcze trudniej było znaleźć niezależne media. Trudności wzrosły od czasu rozpoczęcia wojny na Ukrainie, kiedy Putin podpisał ustawę, która grozi grzywną lub karą do 15 lat więzienia każdemu, kto rozpowszechnia fake news lub informacje niezaakceptowane przez Kreml. Niektóre serwisy informacyjne zamroziły swoją działalność, a wielu dziennikarzy opuściło kraj. Rosjanie, którzy nadal chcą otrzymywać prawdziwe wiadomości, używają VPN, aby uzyskać dostęp do stron informacyjnych, które zostały zakazane przez Kreml. Dla innych, takich jak moi rodzice, pozostaje zalew propagandy w telewizji i w prasie oraz w mediach społecznościowych. Wszystko, w co wierzyłam o Rosji, runęło w gruzy Wszystko się zmieniło, gdy w styczniu 2016 r. przeprowadziłam się do Wirginii Zachodniej, by zdobyć drugi stopień licencjacki. Nie byłam aktywnym politykiem, ale kiedy tylko pojawiała się okazja, broniłam Putina i Rosji przed tym, co uważałam za amerykańską propagandę. Pewnego razu moi przyjaciele oglądali film dokumentalny o tym, co się stało na Krymie, a ja zaczęłam się wydzierać, że wszystko jest albo sfałszowane, albo jest nieuczciwym przypadkiem wybierania fragmentów. Na pewno na Krymie nie było rosyjskich czołgów, a Rosjanie nikogo nie zabili. Często na dowód tego wyciągałam zdjęcie budynku mieszkalnego z rosyjskimi flagami. W większości przypadków ludzie po drugiej stronie takich wywodów albo nie przejmowali się na tyle, żeby się spierać, albo byli zbyt uprzejmi, żeby mnie zwyzywać. Jednak powoli zaczęło rosnąć moje podejrzenie, że coś jest nie tak z narracją Kremla. Przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych fizycznie odsunęła mnie od świeżego dopływu propagandy — tylko sporadyczne argumenty proputinowskie docierały do mnie dzięki rozmowom z rodzicami. Zakochałam się w dziennikarstwie po dołączeniu do gazety uczelnianej, ucząc się, jak zbierać i weryfikować informacje. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje o wpływie Rosji na wybory prezydenckie w 2016 r., broniłam Rosji przed każdym, kto chciał słuchać. Rosyjska propaganda nie dostarczała mi "faktów", więc czytałam wiarygodne anglojęzyczne raporty — i nie mogłam się w nich połapać. To było takie czarno-białe, nie przypominało prawdziwego świata. Podzieliłam się swoim zakłopotaniem z ojcem w Rosji. — Wiem, czego uczą nas na zajęciach z dziennikarstwa. Wiem, jak składa się artykuły i że dziennikarze cenią sobie fakty. Na jakim poziomie organizacji informacyjnej kłamstwa o Rosji trafiają do artykułów? — zastanawiałam się. W końcu zrozumiałam to pod koniec lata 2017 r., kiedy spędziłam trochę czasu w otoczeniu poważnych reporterów. Spotkałam się ze sprzeciwem wobec niektórych moich twierdzeń, że Rosja "uratowała" Krym i że Putin nigdy nie skrzywdziłby innych narodów. Pojechałam na konferencję dla dziennikarzy w Arizonie i powiedziałam jednemu lub dwóm bardzo utytułowanym reporterom, że amerykańskie media są wprowadzane w błąd w kwestii Rosji. Ich ciche rozbawienie bardzo mnie zdziwiło. Jeden z reporterów, którego pracę podziwiałam, tylko grzecznie się uśmiechnął i rzucił mi zabawne spojrzenie. Inny, o takim samym spojrzeniu, uznał moją opinię za interesującą i szybko przedstawił mnie swojemu przyjacielowi. Zdałam sobie sprawę, że nie jestem wiarygodna, a to wprawiało innych w zakłopotanie, a nawet bawiło. Wszystko, w co wierzyłam na temat Rosji, świata i siebie samego, rozpadło się. To było dezorientujące i samotne. Nie mogłam rozmawiać z rodzicami, bo oni nadal byli za Putinem. Nie mogłam też rozmawiać o tym z moimi rosyjskimi przyjaciółmi — albo ignorowali politykę, albo stawali w defensywie, przedstawiając swoje poglądy jako jedyne słuszne. Moi przyjaciele w USA nie byli w stanie pojąć rozmiaru osobistej straty. Nie wiedziałam już, kim jestem i w co wierzę. W następnym semestrze zajęcia ze stosunków międzynarodowych pomogły mi nauczyć się, że w polityce międzynarodowej nie ma czegoś takiego jak "dobry człowiek", że świat jest bardziej skomplikowany. Oparłam się na Sally, profesor pasjonującej się polityką rosyjską, która polecając książki i prowadząc wiele rozmów, przeprowadziła mnie przez proces łączenia prawdy o polityce i historii Rosji. Prawie codziennie wpadałam do jej małego biura, żeby porozmawiać o tym, co przeczytałam w książkach, które Sally mi pożyczyła — o masowych grobach z czasów represji stalinowskich, o otruciu Aleksandra Litwinienki, o korupcji i mściwości Putina. Rozmawialiśmy też o moich rodzicach — ich przekonania zaczęły przypominać teorie spiskowe, obracające się wokół głównego tematu, jakim jest wielowiekowa próba zatuszowania wielkości Rosji. Wierzyli w przeciwstawne rzeczy w tym samym czasie, przechodząc od "Putin jest skorumpowany" do "Putin to najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się Rosji" w ciągu jednej rozmowy. Byłam zaskoczona, że tak wiele z tego, co uważałam za "wiedzę powszechną", pochodziło z propagandy i teorii spiskowych. Nie, Ukraina nie kradła rosyjskiego gazu przez lata. Nie, Hillary Clinton nie stała za protestami w Rosji w 2011 r. Nie, Barack Obama nie jest muzułmaninem (wstyd przyznać, że sprawdziłam to kilka lat temu). Wykonałam wiele pracy, żeby naprawić szkody, ale od czasu do czasu łapię się na tym, że używam jakichś bzdur jako argumentów zakorzenionych w tym, co uważam za historię lub naukę, i muszę ponownie analizować swój sposób myślenia. To doświadczenie jest powszechne wśród ludzi, którzy porzucili przekonania, które kiedyś kształtowały ich tożsamość. Mój mąż, Amerykanin, który został wychowany jako katolik, miał podobne doświadczenie, gdy w szkole średniej przewartościował swój związek z religią. Dzięki mojemu reportażowi o QAnon poznałam ludzi, którzy zrekonstruowali swoje przekonania po tym, jak zdali sobie sprawę, że ich wychowanie podsycane przez spiski było pełne fałszu. Ci, którzy odeszli z QAnon, opisują to samo poczucie dezorientacji i politycznej bezdomności. Sally i ja nadal czasami rozmawiamy o książkach i polityce. Ostatnio powiedziała mi, że nie miała pojęcia, jak bardzo przyczyniła się do mojej przemiany. Bez niej pogrążyłabym się z powrotem w propagandzie lub straciłbym rozum. Foto: Antoine GYORI/Sygma / Getty Images Władimir Putin (zdjęcie z 2001 r.) Będę próbowała dalej Moja polityczna przemiana nie była łatwa także dla moich rodziców. Jedną rzeczą jest pozwolić dziecku przenieść się na drugi koniec świata — zupełnie inną rzeczą jest obserwowanie, jak ta przeprowadzka zmienia ją, sprawiając, że coraz trudniej jest rozmawiać o rzeczach, które kiedyś były "wiedzą powszechną". Nie mogliśmy łatwo dzielić się tym, co nam leży na sercu, gdy chodziło o politykę. Najczęściej, aby uniknąć podsycanych przez propagandę nieporozumień, w ogóle unikaliśmy tego tematu. Potem, 24 lutego, Rosja najechała na Ukrainę i wszystko się zmieniło. Nagle te polityczne spory miały bardzo realne i bardzo krwawe konsekwencje. Rosyjska propaganda nasiliła się, wykorzystując traumę pokoleniową z czasów II wojny światowej i nazywając Ukraińców "nazistami", by usprawiedliwić inwazję. Mój ojciec zadzwonił do mnie następnego dnia, by uzyskać wsparcie emocjonalne. Mogłam powiedzieć, że był tak samo zdruzgotany, jak ja. Coś w jego sposobie mówienia, kiedy powiedział: "Robimy to, żeby pozbyć się nazistów", zdradzało potrzebę dodania mu otuchy. Powinnam była wtedy naciskać — później powiedział mi, że miał wątpliwości na początku wojny. Ale teraz zrobił swoje "badania" i jest pewien, że Rosja postąpiła słusznie. Kilka dni po rozpoczęciu wojny moja mama wysłała mi wiadomość, w której ostrzegła mnie, że nawet polubienie postów krytycznych wobec Rosji jest udziałem w wojnie informacyjnej. Następnie zaczęła wysyłać mi sugestie, żebym wysyłała "pozytywne myśli" na Ukrainę, żeby wyrównać "negatywne" myśli na świecie. Moi rodzice i ja oddaliliśmy się od siebie jeszcze bardziej. Wzrasta w nich patriotyzm związany z przekonaniem, że "Rosjanie likwidują nazistów i ratują cywilów". Wierzą, że zbrodnie popełniane przez rosyjskich żołnierzy na Ukraińcach są albo popełniane przez samych Ukraińców, albo są inscenizowane. Poświęciłam swoją energię na relacjonowanie Ukrainy i szkód, jakie wyrządzili Rosjanie. Na potrzeby jednego artykułu rozmawiałam z uchodźcami, którzy uciekli ze swoich domów i opowiedzieli mi straszne historie o tym, co widzieli — bombardowania cywilnych budynków mieszkalnych, niesprowokowane strzelanie do cywilów. Media podawały o wiele więcej informacji o zbrodniach: przemoc seksualna wobec kobiet i dzieci, obrazy ciał leżących w Buczy, ludobójstwo na ludziach, których rosyjska propaganda wciąż uważa za naszych braci i siostry. Raz rozmawiałam z ojcem o tym, że piszę o wojnie. Nie czytał moich opowiadań i nie zgadzał się z moim stanowiskiem, ale był ze mnie dumny, że bronię tego, co uważam za słuszne. Moi rodzice wiele poświęcili, abym mogła wyjechać do Stanów Zjednoczonych, mimo że bardzo nie lubią amerykańskiego rządu. Wspierali mnie na każdym kroku. Niedawno rozmawiałam o ich stanowisku politycznym z moją rosyjską przyjaciółką, która ich zna. Była bardzo zaskoczona, gdy to usłyszała. — Twoi rodzice? Naprawdę? — zapytała. Sprzymierzanie się moich rodziców z Kremlem nie ma sensu — są inteligentni, wykształceni, dociekliwi, mili. Mieli więcej zalet niż wielu Rosjan wystawionych na działanie propagandy, ale i tak ich ona dopadła. Inwazja wydaje się popularna w Rosji. Według różnych sondaży, ponad połowa ludności aprobuje ją. Nie jest jednak jasne, co ludzie naprawdę czują — niektórzy mogą mówić to, co uważają, że powinni mówić. Nawet ci Rosjanie, którzy mają dostęp do informacji z zewnątrz, wciąż odrzucają doniesienia o rosyjskiej agresji: "Wszyscy kłamią" — mówią. Jest to jeden z najskuteczniejszych pomysłów na powstrzymanie myśli, z jakimi wielokrotnie się spotkałam, i przypisuję go zalewowi rosyjskiej propagandy. Są też tacy, którzy mają pytania, ale myśl, że rosyjscy żołnierze mogą być tak brutalni, jest dla nich niewyobrażalna. To właśnie do tej drugiej grupy mam nadzieję dotrzeć. Ten rozlew krwi zmusił mnie do zrozumienia, że istnieje moralny obowiązek powstrzymania tej wojny i tego potwora napędzanego propagandą. Nie można winić za te okropności wyłącznie propagandy — jest wielu Rosjan mieszkających za granicą, którzy mają kontakt z mediami pokazującymi okrucieństwa, jakich rosyjscy żołnierze dopuszczają się wobec ukraińskich cywilów, a mimo to nadal popierają oni wojnę. Jednak stawka, o jaką trzeba się starać, by dotrzeć do rosyjskojęzycznych odbiorców, jest tak wysoka, jak nigdy dotąd. My, jako osoby rosyjskojęzyczne, musimy prowadzić trudne rozmowy z tymi, którzy wierzą w spiski i dezinformację. Nadal próbuję rozmawiać z moimi rodzicami o wojnie. Przywołuję konkretne okrucieństwa z wiadomości, opowiadam im historie ludzi, których znam. Mówię tak długo, aż są zbyt zirytowani, żeby słuchać. Może pewnego dnia zaczną wątpić. Kiedy ten dzień nadejdzie, będę przy nich, by pomóc im odkryć prawdę.
Nie trzeba było długo czekać na to, aż Robert Lewandowski pokaże się w nowych barwach. Polski napastnik po kilku dniach od oficjalnego dołączenia do FC Barcelony miał okazję zadebiutować i to w niezwykle prestiżowym spotkaniu. Mowa oczywiście o El Clasico przeciwko Realowi był bardzo aktywny na boisku, starał się, walczył, ale bramki ostatecznie nie zdobył, choć miał 2-3 okazje ku temu. Ostatecznie w drugiej połowie zmienił go Pierre-Emerick Aubameyang, ale mimo wszystko debiut "Lewego" w nowych barwach można uznać za całkiem udany. Barcelona pokonała Real 1:0. Gola na wagę zwycięstwa zdobył Raphinha, inny debiutant w Dumie Katalonii. Brazylijczyk trafił do klubu z Lewandowski skomentował swój debiutPolak - za pomocą mediów społecznościowych - krótko podsumował swój występ przeciwko Realowi Madryt w Las za wspaniałe uczucie - napisał Lewandowski (w języku angielskim). Polak wstawił jeszcze emotikon i oznaczył profil Barcelony w opisie.
kiedy nie było internetu tylko rodzina